No i tu niestety ja, Jarząbek Wacław, zawodnik trzeciej klasy. Miłośnicy romantyzmu, ozdobnych kwiatuszków, łuków, przerzutni, paralaks i innych językotwórczych wynalazków już mogą zakończyć czytanie i wrócić do Goethego. Będzie twardo, bezpośrednio, ot, takie (poli)techniczne trywialstwo, podszyte szaradą i ukrytym, ale z lekka wypływającą... nnnno, nazwijmy to... eee... spuścizną po jednym z synów Noego.
środa, 26 czerwca 2013
Basketbalin (k/Mielna) 2013
wtorek, 11 czerwca 2013
Stadnina Koni w Prešovie
Skąpany w słońcu weekend, który ostatnio spędziliśmy w słowackim Prešovie okazał się wypisz-wymaluj takim samym wydarzeniem, jak wszystkie poprzednie. Ciepełko, sielanka, wyjątkowo miłe towarzystwo oraz przebogata gama zacnych dań i godnych trunków, od pierwszych minut pobytu na Słowacji przepełniły nasze lekko zblazowane psychiki. A to długa zima, a to powódź, a to wiele innych typowo polskich stękań i perypetii sprawiły, że do samej granicy było nieco smutno, chłodno, można powiedzieć – stęchle. Jedyną iskierką uśmiechu i perspektywicznego optymizmu było świętowanie narodzin małego Adasia, który bez cienia wątpliwości zasili nasze szeregi gdzieś za jakieś 40 lat. Będzie to już trzecie, szczęśliwe pokolenie basketu w tej rodzinie, co po minie nowo-nominowanego dziadka Marka było widać przez całe trzy dni. Póki co, niech się mały Perko-Ziółek chowa w zdrowiu i dobrobycie, byle nie w szafie. Tak więc, dopiero w scenerii słowackiego pogórza udało nam się odzyskać radość ducha oraz spory zapas pozytywnej energii, którą tak jak poprzednio spożytkowaliśmy z rozwagą. Wszak łatkę sre-brązowych medalistów możemy sobie przyczepić na kolejny rok. Widać taka magia tego miejsca, że medale tego koloru czepiają się nas systematycznie. Walkę o kolejne złoto pozostawiliśmy sobie na następny wyjazd.
niedziela, 2 czerwca 2013
To tam...
To chyba jakiś zawrót głowy, jakiś zachwyt, jakiś urok rzucony ukradkiem. To chyba jakiś czar, magia, upał i odrobina piwa za dużo. To tam w popołudniowym świetle czerwcowego słońca, rozgrzani i spoceni, w cieniu drzew zdziczałego owocowego sadu, nieopodal szkoły... zrobiliśmy to pierwszy raz. To tam... W słowackim Presovie pierwszy raz zdobyliśmy złotą koronę. Pierwsze miejsce w międzynarodowym turnieju Mistrzostw Słowacji +45 Anno Domini 2011. To tam nasz Prezesas uśmiechnął się po raz pierwszy od kilkunastu lat, wznosząc w geście tryumfu statuetkę Starego Konia. To było właśnie tam. Któż z nas, z niekłamaną przyjemnością, nie zechciałby kolejny raz odwiedzić tego wyjątkowego dla naszych drużyn miejsca. Któż z nas chciałby darować losowi kolejnej możliwości walki o najwyższe cele, o zwycięstwo! Któż z nas nie zaraził się wyjątkową atmosferą tego małego i lekko sennego miasteczka. Miasteczka, wypisz wymaluj z Hrabalovej powieści, w którym zawsze pogoda jest rewelacyjna, a mnóstwo przyjaciół i znajomych z międzynarodowego towarzystwa zapewnia nam niespotykaną ilość zupełnie nieprzewidywalnych atrakcji. To właśnie tam.
sobota, 27 kwietnia 2013
Wiosenna parada gwiazd
Nie dalej jak tydzień temu miała miejsce pierwsza, masowa odsłona popisów basketbolowych w wydaniu żeńskim i męskim, która zainicjowała kolejny sezon zmagań z: własnym wiekiem, zdrowiem i coraz częściej spotykanym lenistwem. Pierwsza, w kontekście tak wielu ośrodków weterańskiej koszykówki, bo my zdążyliśmy już wcześniej zadebiutować w litewskich Taurogach. Jakby jednak nie patrzeć, turniej w Działdowie można z całą pewnością określić mianem Turnieju Otwarcia. Pierwsze objawy wiosny, pierwsze poważne mecze i pierwsze laury rangi mistrzowskiej, tym razem w kategorii men +50. Powaga całą gębą. Optymalne składy, wciągnięte brzuchy oraz przegląd najnowszej mody męskiej to główne rysy naszej mikrospołeczności, które odnaleźć można było przez trzy kolejne dni turnieju. Trzy dni sielanki, skąpanej w słońcu wiosennie usposobionego Działdowa. Jeszcze bardziej było nam miło, że w tym samym czasie i wręcz na tym samym parkiecie, na randkę z wiosną umówiły się przesympatyczne panie z czterech zespołów, zaliczanych przez znawców tematu do kategorii Juniorek Najstarszych. Pełnię szczęścia dopełnił rewelacyjny hotel Przedzamcze, specjały miejscowej kuchni oraz liczne atrakcje towarzyskie. Wiosna, basket, kobiety, i brum-brum wolnoobrotowych silników. Czego można było chcieć więcej.
środa, 17 kwietnia 2013
W Rogu Tura
Droga i okolice
Do Taurgów wyruszyliśmy w składzie teoretycznie +50, lekko naginając ów limit; jak się później okazało, bylo to relatywnie nieznaczne odstępstwo. Przygarnęliśmy dwóch osobników z zaprzyjaźnionego miasta (koło Mielna), którzy powoli się docierają w naszym składzie, ewidentnie czerpiąc frajdę z wyjazdów jako całości, a nie tylko z ich sportowego aspektu.
Wypróbowaliśmy nową dla nas firmę przewozową. Nie było źle, tyle, że sprzęt audio-video działający, jak wszędzie, a monitor słabo dostrzegalny. Jest to chyba element wyposażenia totalnie lekceważony, a dla nas istotny dość. Kierowcy lekko w szoku (dużo jeździli z pielgrzymkami, ale ta nasza to trochę taka jakby inna...), ale się dotarli. Nie mogli tylko wyjść z podziwu nad częstotliwością tzw. lasków. Autobusik, mimo, iż bazujący na podwoziu dostawczaka, był w miarę wygodny i nie tłukł na dziurach. Za wyjątkiem nieoczekiwanych progów zwalniających, zamontowanych na czteropasmowej jezdni, które się za pierwszym przejazdem w ogóle nie ujawniły – wtedy wszyscy byli zaskoczeni: kierowcy, autobus, pielgrzymi oraz ich napoje.
Sama droga to znany z ostatniego, wileńskiego wyjazdu, szlak. Najzimniej i najwięcej śniegu (tak, tak, to przecież jeszcze zima, jak to zwykle w kwietniu) – w okolicy granicy. Od granicy również zmienia się układ drogowy: długie proste odcinki, często szerokie, choć nawierzchnia na poziomie okołopolskim. Im dalej odjeżdżaliśmy, tym bardziej przypominało to krajobraz znany z wyprawy liepajskiej (tj. do Lipawy na Łotwie). W skrócie – NicSięNieDzieje, płasko, ugorzyście, bezludnie – ot, taka Pustynia Kurlandzka (w tym wypadku raczej Żmudzka – a może Żmudzińska). Jechaliśmy bowiem do Żmudzi, krainy historycznej, zwanej dziś po prostu Dolną Litwą.
Do Taurgów wyruszyliśmy w składzie teoretycznie +50, lekko naginając ów limit; jak się później okazało, bylo to relatywnie nieznaczne odstępstwo. Przygarnęliśmy dwóch osobników z zaprzyjaźnionego miasta (koło Mielna), którzy powoli się docierają w naszym składzie, ewidentnie czerpiąc frajdę z wyjazdów jako całości, a nie tylko z ich sportowego aspektu.Wypróbowaliśmy nową dla nas firmę przewozową. Nie było źle, tyle, że sprzęt audio-video działający, jak wszędzie, a monitor słabo dostrzegalny. Jest to chyba element wyposażenia totalnie lekceważony, a dla nas istotny dość. Kierowcy lekko w szoku (dużo jeździli z pielgrzymkami, ale ta nasza to trochę taka jakby inna...), ale się dotarli. Nie mogli tylko wyjść z podziwu nad częstotliwością tzw. lasków. Autobusik, mimo, iż bazujący na podwoziu dostawczaka, był w miarę wygodny i nie tłukł na dziurach. Za wyjątkiem nieoczekiwanych progów zwalniających, zamontowanych na czteropasmowej jezdni, które się za pierwszym przejazdem w ogóle nie ujawniły – wtedy wszyscy byli zaskoczeni: kierowcy, autobus, pielgrzymi oraz ich napoje.
| Biały Łabędź |
wtorek, 9 kwietnia 2013
Uroki lata....
Nie ma chyba żadnej normalnej, cywilizowanej osoby w Europie Środkowej, która patrząc przez okno własnego mieszkania, nie doznaje dreszczy spowodowanych przejmującą wszechobecnością całych mas, ton i zasp lodowatego kataklizmu. Urok lśniących śnieżynek czy też radosne odgłosy sań mknących po białym puchu w ślad za zadkami Mikołajowych łosi, już dawno odszedł w zapomnienie wraz z ostatnią, zjedzoną czekoladową bombką z choinki. Gdzieś koło połowy Karnawału nastał bowiem okres panowania Królowej Śniegu, która z sobie tylko znanym, psychopatycznym uwielbieniem zaaresztowała w swoim śnieżnym więzieniu ludność kilku, całkiem sporych, krajów. Zimowe igraszki, bałwany, kuligi oraz inne formy białego szaleństwa, zniknęły nagle w przeręblu zmrożonej od dawna krwi w naszych żyłach. Zmrożonej do tego stopnia, że ani śmiać się, ani płakać. Nie wiadomo co robić i nie wiadomo jak się z tych lodowatych pętów wydostać. Wszyscy wokół snują się smętnie w swojej wściekłości, jakby odurzeni niechcianym pocałunkiem Królowej. Ani tego przepić, ani święconą palmą przeżegnać, czy też wielkanocnymi witkami wychłostać. Leży to białe i wkurza. I nagle, jakby z innej planety, ktoś pyta: Dlaczego nie w lutym?
niedziela, 3 marca 2013
Ociec, gacie prać? Prać!!!
Tegoroczna wiosna wreszcie wysłała nam swoje pierwsze sygnały. A to bocian, a to klucz lecących gęsi, czy też jakieś dziwnie odważne kwiecie, nieśmiało wychylające swoją główkę spod ostatniej warstwy śniegu. Znaczy się, można wreszcie zacząć myśleć o kolejnych wyjazdach na turnieje naszego Weterańskiego Towarzystwa Podtrzymywania Przy Życiu Poprzez Grę w Koszykówkę. W tym roku nie było nam dane wybrać się w odwiedziny do przyjaciół z ukraińskiego Mukaczewa. I całe szczęście, bo tym razem po prostu byśmy do domu nie wrócili. Tradycyjny, styczniowy turniej, po raz drugi noworoczny, mógłby się zakończyć gdzieś pod przysypaną śniegiem skałą lub pod jakąś przypadkową lawiną, która z sobie tylko znaną konsekwencją, strąca w przepaść wszystkie wesołe autobusy pełne niemłodych już weteranów i nieco młodszych sióstr basketowego powołania. Właśnie w dniu teoretycznego powrotu, wszystkie krainy na południe od Karpat, stanęły w miejscu, przysypane po dachy tonami białego szaleństwa. Umarlibyśmy tam niechybnie, albo z powodu braku piwa w autobusie, albo z konieczności pchania owego autobusu pod górę, w kierunku najbliższej przełęczy. I na nic by się zdała słowacka pomoc drogowa, która swoje miejsce w zaspie prawdopodobnie zarezerwowała sobie jakiś kilometr dalej. Widać los nam sprzyja, co znakiem jest zapewne, że w nowym sezonie zmagań koszykarskich, wszelkie klątwy, wypadki i niewyjaśnione niczym przykre wydarzenia, będą nas omijać łukiem tak wielkim, jak łuk wspominanych wcześniej Karpat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


