Nie ma chyba żadnej normalnej, cywilizowanej osoby w Europie Środkowej, która patrząc przez okno własnego mieszkania, nie doznaje dreszczy spowodowanych przejmującą wszechobecnością całych mas, ton i zasp lodowatego kataklizmu. Urok lśniących śnieżynek czy też radosne odgłosy sań mknących po białym puchu w ślad za zadkami Mikołajowych łosi, już dawno odszedł w zapomnienie wraz z ostatnią, zjedzoną czekoladową bombką z choinki. Gdzieś koło połowy Karnawału nastał bowiem okres panowania Królowej Śniegu, która z sobie tylko znanym, psychopatycznym uwielbieniem zaaresztowała w swoim śnieżnym więzieniu ludność kilku, całkiem sporych, krajów. Zimowe igraszki, bałwany, kuligi oraz inne formy białego szaleństwa, zniknęły nagle w przeręblu zmrożonej od dawna krwi w naszych żyłach. Zmrożonej do tego stopnia, że ani śmiać się, ani płakać. Nie wiadomo co robić i nie wiadomo jak się z tych lodowatych pętów wydostać. Wszyscy wokół snują się smętnie w swojej wściekłości, jakby odurzeni niechcianym pocałunkiem Królowej. Ani tego przepić, ani święconą palmą przeżegnać, czy też wielkanocnymi witkami wychłostać. Leży to białe i wkurza. I nagle, jakby z innej planety, ktoś pyta: Dlaczego nie w lutym?
wtorek, 9 kwietnia 2013
niedziela, 3 marca 2013
Ociec, gacie prać? Prać!!!
Tegoroczna wiosna wreszcie wysłała nam swoje pierwsze sygnały. A to bocian, a to klucz lecących gęsi, czy też jakieś dziwnie odważne kwiecie, nieśmiało wychylające swoją główkę spod ostatniej warstwy śniegu. Znaczy się, można wreszcie zacząć myśleć o kolejnych wyjazdach na turnieje naszego Weterańskiego Towarzystwa Podtrzymywania Przy Życiu Poprzez Grę w Koszykówkę. W tym roku nie było nam dane wybrać się w odwiedziny do przyjaciół z ukraińskiego Mukaczewa. I całe szczęście, bo tym razem po prostu byśmy do domu nie wrócili. Tradycyjny, styczniowy turniej, po raz drugi noworoczny, mógłby się zakończyć gdzieś pod przysypaną śniegiem skałą lub pod jakąś przypadkową lawiną, która z sobie tylko znaną konsekwencją, strąca w przepaść wszystkie wesołe autobusy pełne niemłodych już weteranów i nieco młodszych sióstr basketowego powołania. Właśnie w dniu teoretycznego powrotu, wszystkie krainy na południe od Karpat, stanęły w miejscu, przysypane po dachy tonami białego szaleństwa. Umarlibyśmy tam niechybnie, albo z powodu braku piwa w autobusie, albo z konieczności pchania owego autobusu pod górę, w kierunku najbliższej przełęczy. I na nic by się zdała słowacka pomoc drogowa, która swoje miejsce w zaspie prawdopodobnie zarezerwowała sobie jakiś kilometr dalej. Widać los nam sprzyja, co znakiem jest zapewne, że w nowym sezonie zmagań koszykarskich, wszelkie klątwy, wypadki i niewyjaśnione niczym przykre wydarzenia, będą nas omijać łukiem tak wielkim, jak łuk wspominanych wcześniej Karpat.
środa, 6 lutego 2013
50 lat w baskecie
W dzienniku Express tydzień przed pięćdziesiątką naszego kolegi ukazał się przypadkowo artykuł o nim, który tutaj w całości przytaczamy.
To nie jest historia jakiegoś pluszowego misia, który przeleżał 50 lat na strychu w babcinym koszu do prania. To historia człowieka, dla którego koszykówka była, jest i zawsze będzie wartością zdecydowanie pierwszoplanową. To pasja, którą wyssał z mlekiem matki, a właściwie ojca, który już w dzieciństwie zaszczepił mu miłość do tej wyjątkowej dyscypliny sportu. Na pierwszym meczu lokalnego AZS-u był w wieku 2 lat, kiedy to toruńskie Twarde Pierniki święciły swoje największe sukcesy – w połowie lat 60. ubiegłego stulecia. Już wtedy młody Tomek z zapałem bawił się pomarańczową piłką, zawsze kulając ją w kierunku kosza wyimaginowanego przeciwnika. W szkole podstawowej, na skutek nieprawdopodobnej pomyłki rady pedagogicznej, trafił do klasy sportowej o profilu szermierka. Po półrocznym okresie histerii oraz coraz częściej powtarzających się napadów lękowych, zezwolono małemu Tomkowi na podjęcie treningów jego ukochanej koszykówki.
To nie jest historia jakiegoś pluszowego misia, który przeleżał 50 lat na strychu w babcinym koszu do prania. To historia człowieka, dla którego koszykówka była, jest i zawsze będzie wartością zdecydowanie pierwszoplanową. To pasja, którą wyssał z mlekiem matki, a właściwie ojca, który już w dzieciństwie zaszczepił mu miłość do tej wyjątkowej dyscypliny sportu. Na pierwszym meczu lokalnego AZS-u był w wieku 2 lat, kiedy to toruńskie Twarde Pierniki święciły swoje największe sukcesy – w połowie lat 60. ubiegłego stulecia. Już wtedy młody Tomek z zapałem bawił się pomarańczową piłką, zawsze kulając ją w kierunku kosza wyimaginowanego przeciwnika. W szkole podstawowej, na skutek nieprawdopodobnej pomyłki rady pedagogicznej, trafił do klasy sportowej o profilu szermierka. Po półrocznym okresie histerii oraz coraz częściej powtarzających się napadów lękowych, zezwolono małemu Tomkowi na podjęcie treningów jego ukochanej koszykówki.
czwartek, 20 grudnia 2012
Dwanaście miesięcy z życia pomarańczowej piłki
Długie, zimne i ciemne grudniowe wieczory, jak co roku, przywołują chęć dokonywania podsumowań, spisów i kalendariów, wszystkich najważniejszych wydarzeń mijającego właśnie roku. W praktyce pozostało nam już tylko wspólne spotkanie wigilijne, potem szybkie otrzeźwianie, Wigilia właściwa, kilka dni leniwych i sennych świąt, no i oczywiście roztańczony Sylwester. Jakby nie patrzeć, nasz kolejny rok maxibasketballowych zmagań zbliża się nieuchronnie do końca, godna to więc pora, aby przypomnieć sobie nieco najważniejszych wydarzeń Anno domini 2012. Przyda się to jak znalazł, właśnie przed okresem rodzinnych spotkań, kiedy to zasypiamy w trakcie nużących dyskusji o: nie nadchodzących emeryturach, o permanentnych zawirowaniach z dostawami leków geriatrycznych, o rankingach PO i PiS czy też o kolejnych tajemnicach ciągle tkwiących w pozostałościach pewnego wrako-samolotu. Znajdzie się wówczas chwila, kiedy można będzie błysnąć intelektem, zmienić temat na ogólnie ciekawy i zaprezentować lekko zmęczonej familii szeroką perspektywę własnej pasji do koszykówki. Ba, nawet w rozmowie z wnukiem, przyszłym zięciem lub przyszłą synową, taki błysk pozwoli wam na wyrównanie szans w ocenie współczesnych realiów i nada wam ten magiczny status człowieka światowego. Żaden dziadek, teść czy wiekowy wuj, nie będzie już jakimś tam dziwnym gościem od kopania kompostownika na działce, a stanie się facetem bywałym w świecie, sprawcą wielu sensacji, można by rzecz – Człowiekiem Roku, Jamesem Bondem własnej rodziny.
niedziela, 2 grudnia 2012
Czas się zatrzymuje w Wilnie...
Miłym akcentem było zakończenie naszych tegorocznych zmagań maxi-koszykarskich na turnieju w Wilnie. Miejsce to bowiem szczególne, odrobinę sentymentalne i nad wyraz relaksacyjne. Taki cichy wypad, będący niejako podsumowaniem długiej listy wyjazdów naszego Consus Old Baset Teamu w 2012 roku. Przemiła atmosfera, całkiem jeszcze przyjemna pogoda oraz niezliczona liczba atrakcji: turystycznych, towarzyskich, kulinarnych i oczywiście sportowych. Chociaż akurat te ostatnie zostały bezapelacyjnie przesunięte na najdalszy plan tego trzydniowego filmu. Z dziennikarskiego obowiązku nadmienić trzeba, ze nasi chłopcy w 100% zrealizowali założony plan sportowy, przegrywając najważniejszy mecz (najdalszego finału) zaledwie 2 punktami. Dziewczęta zaś, po nierównej walce z sędziami otarły się o brąz i trzecie miejsce w turnieju. I tyle na temat kozłowania, które w tym szczególnym miejscu jest jedynie pretekstem dla wielu spotkań, zdarzeń i niesamowitych sytuacji. Na całe szczęście, zdecydowana większość uczestników potraktowała ten turniej w sposób kompatybilny z naszymi oczekiwaniami. Spora grupa znajomych, nowe ciekawe kontakty, to wszystko czego było nam potrzeba do spędzenia niezwykle udanego weekendu.
niedziela, 4 listopada 2012
Lekcja religii, lekcja historii...
Niebawem czeka nas ostatnia tegoroczna podróż, na kolejny turniej weteranów koszykówki. Tym razem udajemy się do przepięknego Wilna, które dzięki swoim urokom oraz bogatej historii nie jest obce chyba żadnemu Polakowi. Tym bardziej aktywnym koszykarzom. Będzie to nasz drugi wyjazd na turniej organizowany przez zaprzyjaźnioną drużynę Salilitia Vilnius. Dwa lata temu, wyprawa "po naukę" spodobała się wszystkim jej uczestnikom i do dnia dzisiejszego przywoływana jest przy wielu okazjach. Pomijając fakt, że tzw. rzutem na taśmę zajęliśmy przedostatnie miejsce w turnieju, to pobyt na Litwie przyniósł nam wyjątkowo wiele doznań: emocjonalnych, towarzyskich, turystycznych i kulinarnych, jak również sporo uwag czysto sportowych. Okazało się wówczas, że w meczach trzeba walczyć do wyczerpania organizmu, biegać jak lekkoatleta, bić się pod koszem o każdy punkt i nie beczeć jak małe dziecko, nawet w przypadku złamania palca (oczywiście Marek Z. wówczas nie płakał). Był to turniej, dzięki któremu udało nam się nawiązać większość naszych aktualnych kontaktów w kręgu europejskiego maxibasketu. Był to wreszcie pobyt, w wielu szczególnych miejscach, które na każdym z nas wyryły głębokie piętno. Wybierając się tam ponownie, należy się więc do tego wyjazdu przygotować. I to solidnie. Odrobić lekcje, przynajmniej w dwóch tematach. Religia i historia.
poniedziałek, 15 października 2012
Dziadki i babciunie w papciach
To był wyjątkowo wypoczynkowy weekend. Jesienne, październikowe słońce, cisza i spokój urokliwej poznańskiej Wildy, autobus pod drzwi hotelu (do domu również), miłe pokoje, wygodne łóżka, do najbliższego sklepu 50 metrów, do najdalszego nawet nie pytaliśmy. Mecze na parterze, bankiet na górze, do tego nowoczesna winda, żeby nie było przypadkiem zbyt trudno. Tak jak już wcześniej przestrzegaliśmy, pokusa totalnego lenistwa była przeogromna. Trudno więc było wszystkim zaprzyjaźnionym "Dziadkom" pobudzić organizmy, do pełnej mobilizacji w kolejnych starciach maxi-basketbolowego turnieju. A turniej, z roku na rok, trudniejszy. Więcej spotkań, więcej zespołów oraz znacznie opuszczona dolna granica wieku niektórych uczestników. Czas mijał powoli, odmierzany syrenami meczów oraz kolejnymi posiłkami. Kapcie, trampki, kapcie, trampki, kapcie... Całe szczęście, że po ostatnim sobotnim posiłku nie kazali nam jeszcze grać. Bogato było i syto, jak powiedział jeden z członków naszej Consusowej ekipy. Zbytek i luksus prawie. Jak tak dalej pójdzie, to w przyszłym roku lektyki wprowadzą i murzynów z wachlarzami. I to podobno dla dobra gości, którzy tym razem do Poznania zjechali się z okolic: Koszalina, Bydgoszczy, Torunia i Działdowa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






