Po rocznej przerwie Consus zameldował się w D. w pełnym składzie damsko-męskim; w zespole męskim tym razem również Prezesas, który nareszcie osiągnął wiek dojrzały i w końcu może cieszyć się pełnią życia. Wymóg 50+ okazał się dla nas zbyt restrykcyjny, dwóch graczy było ciut-ciut poniżej progu, co od razu zostało zgłoszone i graliśmy towarzysko, ale jak najbardziej poważnie. Przeciwnicy okazali się dla nas zbyt łatwi w grupie, a dodać należy, iż "młodzież" nie stanowiła u nas głównej siły uderzeniowej. Osobiście miałem dużą satysfakcję z tych zwycięstw (pokonaliśmy Zieloną Górę z naszymi legendarnymi współgraczami z ME w Zagrzebiu, późniejszego finalistę Lublin oraz Warszawę). Niedzielna poranna dogrywka z Gdańskiem nie wypadła tak dobrze, ale cóż, mecze parę godzin po bankiecie to nie jest dobry pomysł, trudno skompletować piątkę tych, co się trzymają na nogach zmęczonych tańcem...
I tu refleksja: przyglądając się od lat nam i naszym kolegom z innych drużyn można zauważyć pewne nieuniknione efekty starcia z czasem, tym naszym wspólnym najgroźniejszym przeciwnikiem. Jednocześnie widać, jak wymagająca jest gra, wymyślona przez dr. Naismitha. To nie lekka atletyka, gdzie można jedną dyscyplinę uprawiać do wieku Matuzalemowego. Tu jest bieg, skok, skłony, pady, ugięcie nóg, kozłowanie, podania, skręty, zderzenia, wywrotki, a na koniec jeszcze co jakiś rzut na zadyszce, który powinien być celny pomimo dygotu całego ciała, niosącego w sobie historię kilkudziesięciu lat takich wygłupów. Nie jest lekko, ale nie tylko nam, jak się okazało...
Powyższa refleksja nie dotyczy Huberta, który nadal sobie kpi z upływu czasu, w ostatnim meczu kilka razy swobodnie zapunktował, a w piątkowy wieczór bezczelnie obchodził palindromową osiemnastkę, nie unikając toastów i obtańcowując koleżanki. Dyskoman nawet zaintonował specjalną pieśń: 200 lat, 200 lat... Natomiast kolejny raz potwierdziła się legenda nawierzchni hali w D., która nie jest przyjazna dla nieobytych z nią przyjezdnych: jedna łękotka u nas oraz potężne skręcenie kostki u Dużego Kolegi z Warszawy; obie kontuzje zdarzyły się w na pozór niegroźnych sytuacjach, jak zawsze.
No i teraz do jądra sprawy, czyli o rozgrywanym równolegle do Mistrzostw Polski +50 mężczyzn Turnieju Juniorek Najstarszych. Skład taki sam, jak ostatnio, czyli Consus, Gospodynie, Poznań i Lębork. Ta ostatnia drużyna już nie była zdecydowanym outsiderem i przyjemnie było popatrzeć na ich wyrównaną walkę z rywalkami, nastąpił zdecydowany wzrost umiejętności – widać, że trenują. Gospodynie z D. wzmocnione koleżanką D. z W. wypadły najrówniej i najlepiej, choć trudno się nie powstrzymać przed refleksją, iż w meczu z naszą drużyną pomagała im cała sala, łącznie z gwizdkami. Poznańska drużyna znów wypadła wyraźnie poniżej teoretycznych możliwości, jej gra nie jest sumą umiejętności zawodniczek.
Consus-girls, w wyraźnie lepszym składzie niż poprzednio, wyraźnie coraz bardziej zintegrowane jako DRUŻYNA, a ich gra nie zależała już od dyspozycji jednej zawodniczki. Ewelina i tym razem szalała w ataku, bezczelnie wsuwając swą kruchą sylwetkę w mini-luki pomiędzy przeciwniczkami, narażając się na liczne obtłuczenia i razy. Agata, mniej efektywna niż zwykle w ataku, wykonała czarną robotę u jego podstaw, a także, co może nie wszyscy zauważyli, ciężką pracę we wszystkich meczach w obronie. Do tego dołączyła Ewka (Nowa Ewka? Ewka H.? – litości, w D. były cztery Ewy, kto się w tym połapie?), która szczególnie w ostatnim meczu, już jakby oswojona z turniejowym graniem, wykorzystała skupienie przeciwniczek w obronie na dwóch naszych potencjalnych rzucających i wykonała parę skutecznych akcji, z czego haczyk pod koszem oraz wejście po końcowej z zawijasem były naprawdę przednie.
Została też też uznana najlepszą zawodniczką naszej drużyny, otrzymała statuetkę (podobnie jak ja u facetów, ale to co innego, bo to po starej znajomości i za zasługi dokumentacyjne), czym była chyba lekko zaskoczona. Cała reszta girls-bandy też nie dawała powodów do obgryzania paznokci, do tego stopnia, iż Olesia znalazła takie uznanie ze strony organizatorów, iż otrzymała złoty medal. Dodatkowo przy dekoracji naszej drużyny drobna plama organizacyjna: medale pierwotnie były wręczane jak gruszki na targu, z rąsi do rąsi; na szczęście odkręcono to w porę i jak dekoracja, to dekoracja, a srebrne medale zawisły tam, gdzie trzeba, tzn. na piersiach (ojej, a może na szyjach, już sam nie wiem, jak napisać, muszę się jeszcze raz na filmie przyjrzeć...).
A co do girlsowej integracji, to zazwyczaj na powrotach nic nie filmuję, ale musiałem wyciągnąć kamerę, gdy Chór Dziewic Toruńskich (to taka robocza nazwa, może być jakaś inna, ale ta mi na razie jakoś pasuje) wykonywał w autobusie kompilację Ruda tańczy jak szalona oraz starocia Your body, my body. A może to już był profesjonalny re-mix? W ogóle kamery za dużo nie używałem, bo to wyjazd klasycznie zamknięty w sztampie: autobus-sala-jadło-hotel. Nadal w okolicach nie pojawiła się jakaś jaskinia do zwiedzania, jedynie zamek krzyżacki otynkowano i nadal nie ma choćby jakiegoś głupiego delfinarium czy cóś takiego... Może trzeba więc walnąć na Kłajpedę?
To byłem ja, już nie Jarząbek, bo Prezesas był z nami, więc nie miałem komu donosić.
Także to nie A-s (A-sem byłem w Polanicy).
To pisałem Ja, Ja-cóś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz