czwartek, 15 maja 2014

Mój piąty raz...

  Podobno to ten pierwszy raz zostaje najbardziej w pamięci. Tak gdzieś czytałem, tylko nie pamiętam, o co chodziło... Ale się sprawdza, przynajmniej w sprawie moich kontaktów z działdowskimi turniejami. Zabłąkałem się tam trochę przez przypadek w 2010 roku, a teraz przez przypadek byłem po raz piąty. A przypadek tegoroczny stąd, iż pannice consusowe bardzo sobie Działdowo upodobały, bo i blisko, i zawsze sympatycznie, i tak Prezesasa przygwoździły, iż ani zipnął i błogosła-wieństwo na ostatnim prawie tchu z siebie wydusił.
  No i przypadkowo Wacław Jarząbek jako te Prezesasowe KGB pojechał, co by tajną relację Zarządowi potem złożyć, a dla picu to kamerę dostał, no i kazali mu jeszcze swoją Zorkę-5 zabrać, że niby foto-video i takie tam... I jeszcze miałem o czymś nie mówić, ale nie pamiętam, o czym, te latka, cholerka, letom, panie...


   I te piąte spotkanie z Działdowem przyniosły mieszane odczucia. Może spróbuję je jakoś (te odczucia, znaczy się) uporządkować i  nawet przydzielić im jakąś wymierną ocenę w skali 0-10.


wtorek, 1 kwietnia 2014

Via Baltica

No i stało się... Właśnie męska cząstka koszykowego organizmu pod nazwą Consus Old Basket Team powróciła ze swoich kolejnych, pierwszych w tym sezonie, zagranicznych wojaży. Tym razem staliśmy się aktywnymi uczestnikami sportowego eksperymentu, na który składały się trzy kolejne mecze, w trzech nieco oddalonych od siebie miejscowościach. Taki niby turniej, ale codziennie w innym łóżku. Od pyrkania klubowego autobusu, głowa, oczy i mózg jeszcze cały czas nieco obolałe, a naturalna praca jelit i dwunastnicy po tysiącach kolejnych kilometrów, także dostosowana do wibracji silnika i autobusowej sprężarki. Trzech solidnych przeciwników, trzy niezwykle atrakcyjne miasta oraz sukcesy sportowe po 33,3%. Porażka, remis i zwycięstwo. Wszystko to na tle przecudnie niebieskiego nieba, miłego słoneczka grzejącego w pupę oraz kilometrowych spacerów, które od ostatniego weekendu stały się naszą drugą pasją. Jeżeli kiedykolwiek zgubimy naszą piłkę do kosza, to wręcz automatycznie możemy zmienić dyscyplinę na nordic walking. Patrząc na nasze sukcesy w tej dziedzinie Prezesas Maciejas obiecał, że zapisze nas na pierwszą koszykarską pielgrzymkę do Częstochowy. Szesnaście dni pieszo, stale kozłując pomarańczową kulę. Prezesas jak wróci z urlopu, gdzieś ok. 13 sierpnia, dogoni nas samolotem. O ile Litwa kolejny raz okazała się sukcesem turystycznym, sportowym i towarzyskim, o tyle Łotwa, w której byliśmy po raz drugi, jest dla nas nadal krajem tajemniczym, dziwnym i wręcz z innej planety.

sobota, 22 lutego 2014

The Magic Hubert 80

Dokładnie miesiąc dzieli nas od tego wyjątkowego wydarzenia. Dokładnie 22 marca, również w sobotę, odbędzie się w sali IV Liceum Ogólnokształcącego w Toruniu wielki mecz przyjaciół naszego kolegi Huberta Sionkowskiego. Okazja będzie zgoła wyjątkowa. Nie każdy i nie codziennie obchodzi bowiem swoje osiemdziesiąte urodziny. Nie każdy też wie, że sześćdziesiąt pięć lat, z owych osiemdziesięciu, nasz Hubcio strawił na odbijaniu pomarańczowej piłki. Zastanawiając się głębiej nad tą kwestią, obie liczby stają się pojęciem jakby matematyczno-abstrakcyjnym. To trochę jak odległość Ziemi od Słońca, promień krzywizny zagięcia czasoprzestrzeni, czy też całka z różniczki podniesiona do potęgi pierwiastka drugiego stopnia. Niby proste: 80 i 65, a jednak takie jakieś nierealne. Nikt, nawet w najśmielszych snach i majakach nie widział dotąd, w jakim to też kącie Matrixa uchował się nasz Hubert. Gdyby to było na 100% realne, można by powiedzieć, że w Gruzji. Z tego tak poważnego powodu, gdzieś w połowie listopada ubiegłego roku, Rada Koleżeńska naszej drużyny zwołała dosyć tajne zebranie, które odbyło się w pewnym, nowocześnie urządzonym mieszkaniu z widokiem na Wisłę. Uczestnicy tej narady od razu doszli do jednomyślnego przekonania, że tak ważną rocznicę należy uczcić godnie i wyjątkowo. Z długiej listy wstępnych pomysłów skreślono w pierwszym czytaniu projektu uchwały: zakup samochodu marki Q7, dwutygodniowy urlop na Seszelach, przemianowanie ulicy Tadeusza Kościuszki na Huberta Sionkowskiego oraz postawienie pomnika Huberta z piłką w rejonie północnej pierzei Rynku Staromiejskiego. Po ponad dwugodzinnych obradach i zaniechaniu kolejnych kilkunastu pomysłów, zdecydowano się na trochę skromniejsze, aczkolwiek równie ekscentryczne prezenty. Tradycyjne kwiaty, butelkę Russkoje Igristoje – rocznik 1934, nową koszulkę z nowym, ale starym numerem i książkę opowiadającą o życiu, pasjach i sportowej karierze naszego weterana, napisaną specjalnie na tą okazję. Godnie, schludnie i z fantazją.

wtorek, 7 stycznia 2014

Kolejny rok do kosza

Minął rok, kolejny rok wypełniony po brzegi: odgłosami kozłowanej piłki, uśmiechami triumfów, grymasem porażek, bólem kontuzji oraz nieodłącznym lekkim fetorkiem przepoconych koszulek i skarpet. Przed nami zimowa przerwa, będzie więc czas na leczenie, porządne pranie oraz na długie opowieści o kolejnych krainach, miastach i turniejach, które dane nam było poznać w 2013 roku. Jak raczy mawiać nasz nadworny Stańczyk: "Cieszmy się kochać basket, bo zdrowia ubywa i przyjdzie nam niedługo grywać turnieje jedynie na konsolach". Jak zwykle, profesjonalny w każdym calu błazen Stańczyk miał rację, ale nie do końca, zważywszy na postawę naszych Pań oraz rzecz jasna Panów w kluczowych momentach zakończonego klika dni temu sezonu. Były bowiem w poprzednim roku niezapomniane chwile zwycięstw, magiczne widoki rzadko odwiedzanych krain oraz śmiech starych oraz nowo poznanych przyjaciół. Znaczy to, że potrafimy jeszcze kochać ten sport, bez względu na ilość pokonanych kilometrów, ilość urazów czy też ilość lekko niedospanych nocy na autobusowych "łożach". To nic, że głowa boli, że plecy bolą (niektórych nawet poniżej). To nic, że kolana, że stopy, że palce... I tak następnym razem... Jedziemy!!!  

wtorek, 10 grudnia 2013

Hur mieszany

Ostatnim tegorocznym koncertem naszego mieszanego, męsko-damskiego huru był występ na festiwalu w zaprzyjaźnionym Wilnie. Dodać jednak należy, że był to jak co roku festiwal koszykówki w wydaniu wschodnioeuropejskim. Chyba nam coś umknęło z tym festiwalem, bo poza łabędzim śpiewem nic więcej nam nie wychodziło.  I na nic się zdały transfery i wzmocnienia, skoro chęć sportowej walki padła u stóp... pragnienia. Gdyby to Adaś Mickevicius na własne oczy zobaczył, to bez cienia kozery już 150 lat temu wymyśliłby slogan: To oni byli Spritem, a my jeno Pragnieniem. Pragnieniem-przed i jeszcze większym Pragnieniem-po. Nie warto więc poprawiać błędnego tytułu, bo cóż to znaczy na tle błędów popełnionych w grze. Dwie marne literówki jedynie. Niczym jest więc miejsce szóste, najlepsze jak dotąd w wileńskich potyczkach, gdy spojrzymy na skład naszego męskiego huru, który ilością zawodników, wzrostem, a podobno nawet poczuciem humoru przewyższał o głowę wszystkich przeciwników. Cóż z tego. No, a nasze dziewczęta, ups... pióro gęsie się pękło, a inkaust wylał na nogi... Nie ma o czym gadać, a pisać tym bardziej. Normalnie beztroska, jamajka, spoko luzik i na dodatek Pandora z Golgotą pod rękę.

niedziela, 27 października 2013

Wcale tak różowo nie było...

Z pewnym, tak na prawdę niczym nie uzasadnionym opóźnieniem, odnotować należy w historii naszych wzlotów i upadków kolejny turniej Chyżych Dziadków, którzy i tym razem stanęli na wysokości zadania, organizując kolejny raz niezwykle ciekawe zawody. Zgrabnie przygotowany turniej, tradycyjne "kapciowanie" po hotelu, bankiet godny zawodów z pulą nagród powyżej 1 mln euro. Wszystko to skropione odrobiną luksusu pod marką Bee Jay's, Aztorin i Apart. Jak tak dalej pójdzie, to zapewne niebawem głównym sponsorem turnieju zostanie Konsorcjum Autostrada Wielkopolska S.A., organizatorów ubierze Gucci, a nagrody i wyróżnienia wręczać będzie szefowa nieopodal położonego Starego Browaru. Taki mają chłopaki rozmach, a co... Nie wiadomo tylko, czy wówczas obok Barcelony, Partizana Belgrad i Uniksu Kazań znajdzie się jeszcze miejsce dla starych kloszardów pod wezwaniem Consus Old Basket. Jak to mówią nasi rosyjskojęzyczni przyjaciele: pożywiom, uwidim. Jak na razie, zaproszenia otrzymujemy i póki co nie ma sensu martwić się na przyszłość. Jeżeli rzeczywiście tak będzie, to może chociaż tańsze bilety nam koledzy z Pyrstadtu załatwią (Pyrstadt; gwarowa nazwa miasta Poznań - stolicy Pyrlandii, kraju przewspaniałych "Pyr" nazywanych potocznie "podziemnymi pomarańczami").

czwartek, 3 października 2013

Słońcem malowane

Pierwsze dni jesieni w estońskim Haapsalu to pora wyjątkowo malownicza. Morze, skwery, klomby i całe mnóstwo ogrodów, a także kawalkada specyficznie kolorowych domów, w promieniach jesiennego słońca prezentowała się niezwykle imponująco. Do tego absolutna cisza, wszechogarniający spokój oraz rzadko spotykany w tej części świata porządek. Sielanka. W takiej to właśnie scenerii przyszło nam tym razem odbijać pomarańczową piłkę wraz z trzydziestoma sześcioma innymi zespołami z pięciu krajów. Ostatni wrześniowy weekend ta wyjątkowo liczna grupa miłośników maxibasketballu, postanowiła bowiem spędzić w Saunie. Konkretnie na turnieju Sauna Cup, który zorganizowany został już po raz czternasty. Zestaw drużyn, które zaprezentowały się na parkietach dwóch całkiem przyzwoitych hal sportowych, doskonale wpisał się koloryt i wyjątkowy charakter otoczenia. Nazwy lokalnych drużyn: VENNAD DAHL, VÕTAKS ÄRA, PÜHAPÄEVAKLUBI, TARK EI TORMA  czy też K.N.O.P.K.A. były równie egzotyczne jak język estoński, którym bez cienia wątpliwości, każdy normalny europejczyk popełnić może bez problemu swoje własne językowe harakiri. Wspomniana wcześniej cisza oraz koloryt, porządek i przywołana egzotyka, tworzą doskonałą wręcz scenografię dla podejmowania działań o charakterze: balneologicznym, basketbolicznym i artystycznym. Urzekające miejsce, które opisać lub wymalować mogą jedynie najwięksi mistrzowie pióra i pędzla. Poddaję się...